Pędzący autobus z trudem przebił gęstą, zimną kotarę czarnych mgieł oraz brudnego deszczu i podskoczył na wyboju.
Tristan obudził się w przerażeniu na tylnim siedzeniu i rozejrzał się dookoła. Pojazd świecił pustkami.
Zbliżył nieśmiało głowę do lodowatej szyby.
Spomiędzy gęstych, czarnych szponów gołych gałęzi jesiennych wyłoniły się nieśmiało mdłe, migotliwe światła odległych zabudowań. Za nimi urosła kępa szpiczastych wież gotyckich i barokowych kościołów.
Nad miastem górowała czerń potwornych chmur, a gdzieś w oddali pioruny urządzały orgię.
- A więc to tutaj rozpocznie się…
Wtem wizja nasączyła się trupią ciemnością. A w jej jądrze Tristan ujrzał membrany zardzewiałych trybów. Zgrzytnęły, aż posypała się rdza. Z tajemniczego wnętrza dobył się jęk zmęczonego metalu. I ukazała się pomarszczona twarz z wielkimi, świecącymi ślepiami. Wrzasnęła.
Piorun uderzył gdzieś nieopodal, płosząc z jazgotem wrony.
Tristan krzyknął i ocknął się.
Gruby kierowca, kołysząc się w sferze własnego, papierosowego dymu, zmarszczył krzaczaste brwi, patrząc w tylne lusterko i szukając przyczyny zamieszania. Ale paskudna noc pochłonęła już głąb pojazdu, a wraz z nim przerażonego chłopaka.
Światła autobusu padły przydrożny szyld: „Nysa wita!”
Tristan sięgnął do torby i wyciągnął plastikową buteleczkę. Na dłoń wypadła ostatnia tabletka. Przeklął i pochłonął ją w pośpiechu.
Ostatni kurs zawsze był przygnębiający o tej porze roku. Miasto przypominało zapomniane cmentarzysko. Nagrobki kamienic śledziły przybyszów obłąkanymi oczyma okien, pochylały się złowrogo nad ulicami i z niechęcią odsuwały się, torując drogę dwóm zabłąkanym zniczom kluczącego autokaru.
Kontrastowała z tym obliczem miasta dobywająca się z rozstrojonego radia wesoła muzyka przerwana nagle wypowiedzią:
- Tu Radio Nysa FM. Tak nieznośna pogoda z nieznanych przyczyn trzyma się tylko w naszym regionie od tygodnia – oznajmiał rozradowany dziennikarz. – Więc jeśli nie chcecie, aby zbliżające się święto zmarłych było również waszym świętem, ostrożnie na drodze.
Tristan omiatał wzrokiem ten niepokojący, wymarły krajobraz miejski – wymiar pesymistyczny, szalony i obsypany szczodrze pożółkłymi liśćmi umarłych drzew.
Noc była tak gęsta, że zdawała się dusić światła pochylonych, niepewnych latarni.
Choć za dnia miasto żyło, w nocy zapadało w czarną, przerażającą śpiączkę. Tutejsi mieszkańcy z jakichś powodów nie wychodzili po zmroku z domów – ryglowali drzwi i zasłaniali szczelnie okna. Oby tylko dotrwać do świtu.
Autobus zatrzymał się na dworcu.
W strugach deszczu i pogłębiającym się mroku oczekiwała zakapturzona osoba.
Tristan wyszedł z autobusu, a drzwi zaraz za nim zatrzasnęły się i pojazd pośpiesznie odjechał. Postać zbliżyła się. Ukazała się twarz młodej dziewczyny:
- Casnoy?
- Hm... No prawie.
- Ech - westchnęła. - Casnoy Lubro Sipsoy Dryagg?
- Hm... No prawie.
- Ech - westchnęła. - Casnoy Lubro Sipsoy Dryagg?
Przytaknął. Dziewczyna dała znak i ruszyła.
- Zaraz, zaraz – zatrzymał ją. – Dokąd to? Nie możemy tu porozmawiać?
Odwróciła się i rozejrzała nerwowo dookoła:
- Nie – wyszeptała. – On może nas słyszeć.
Tristan rozejrzał się dookoła. W rdzeniu ciemności tej dziwnej nocy wyczuł czyjąś bezrozumną, wściekłą, fermentującą obecność. Zdawała się ona sapać i przez drgające pryzmaty swych czerwonych ślepi bacznie się im przyglądać.
Ruszyli nerwowo w stronę rynku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz